Heteroupośledzeni tolerancyjnie

28

Czas na temat religijno-społeczny! Już nawet nie pamiętam, kiedy ostatnio poruszałem te wątki na łamach Dziennika pokładowego, a zawsze mi się przyjemnie pisze o Bogu i dzisiejszym świecie oraz zauważyłem, że to niezłe pole do dyskusji, które lubię prowadzić po napisaniu artykułu. Co prawda, mam rozpoczęte dwa artykuły, jeden stricte społeczny, drugi dotyczący zachowania młodych ludzi w internecie, ale dzisiaj naszła mnie ochota na rozpoczęcie wątku orientacji seksualnych, który co jakiś czas wypływa na polskiej scenie polityczno-społecznej i wywołuje takie burze, że aż miło patrzeć. Dodatkowo zmotywowała mnie Caprica, a konkretnie trzeci odcinek (1×03 The Reins of a Waterfall) oraz postać Sama Adamy, ale o tym zaraz. Od czego chciałbym zacząć?

Uważam się za osobę tolerancyjną, ba, nawet za najbardziej tolerancyjną osobę jaką znam. Nie przeszkadzają mi wyznania, poglądy polityczne, sposoby ubierania się i tak dalej, i tym podobne. Niestety, moje doświadczenia z tolerancją wobec innych ras i orientacji seksualnych (czyli cech najczęściej padających ofiarą wszelakich prześladowań) opierają się jedynie na suchej teorii, gdyż, niestety, nie znam osobiście żadnych – dajmy dla przykładu – Murzynów czy homoseksualistów… przynajmniej tak mi się wydaje. Ostatnio świat staje się zbyt poprawny politycznie pod względem rasizmu, a także stara się być taki wobec homofobii, ale nie możemy zapomnieć, że w sprawach tolerancji społecznej Polska leży w odległej galaktyce. Dlaczego tak jest? Z powodu ludzkiej ciemnoty, głupio gigantycznego wpływu Kościoła na nasze codzienne życie, konserwatywnej polityki największych partii w Sejmie, można by wymieniać w nieskończoność. Faktem jest to, że w Polsce nie ma krzty ogólnej tolerancji w stosunku do homoseksualistów, wszystkie przejawy innej orientacji są z zażartością tępione, a rzeczony homoseksualista nie ma żadnych praw. Jest mi z tego powodu bardzo przykro, bo momentami wygląda to jak polowanie na czarownice, a takie zachowanie zdecydowanie nie przystoi europejskiemu państwu u zarania XXI wieku. Pozwolę sobie zacytować Lexa, który półtorej roku temu wypowiedział się na ten temat na łamach forum legnickiego fanklubu Gwiezdnych wojen:

Nie toleruję tylko nietolerancji. Każdy, kto mówi że to choroba, ma małomiasteczkowe problemy i zapewne nigdy nie poznał żadnego homoseksualisty. Mam kilku przyjaciół o różnych odmiennych orientacjach i są to tacy sami ludzie jak normalni na tym forum. Bywałem w klubach gejowskich, nikt mnie nie próbował zgwałcić, nie był nachalny, agresywny – czego w tych dwóch ostatnich przykładach nie mogę powiedzieć o normalnych imprezach. Brzydzi mnie jak facet się liże z facetem na ulicy, ale brzydzi mnie mniej więcej podobnie jak robią to staruszkowie kłapiącymi sztucznymi szczękami albo różowa paniusia wylizująca sobie pyszczek ze swoim pieskiem chihuahua – tyle że tej niechęci nie okazuję. Będąc wobec siebie fair, gdybym popadał w homofobię, nie mógłbym oczekiwać ze społeczeństwo zaakceptuje na przykład mój wygląd czy radykalne poglądy. A tak to jestem kwita.#1

Bardzo mądry człowiek i podpisuję się pod nim rękoma i nogami. Osobiście, gdyby kogoś to interesowało, jestem heteroseksualistą, ale naprawdę nie przeszkadza mi czyjaś odmienność. A gdy słyszę z ust ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, co mówią, stwierdzenia, iż homoseksualizm to choroba, szlag mnie trafia. A gdy jeszcze ktoś wspomni o tym, że można to leczyć, aż dłoni zaciskają mi się w pięści. Nie wiem dlaczego mnie to aż tak boli, być może dlatego, że to jawne kłamstwo, a ludzie w to święcie wierzą? To na takiej samej zasadzie, gdyby twierdzić, że neonazizm lub zamiłowanie do picia kisielu na imprezach jest chorobą, z której można się wykurować (co nie zmienia faktu, iż to drugie jest stanowczo dziwne, aczkolwiek całkiem przyjemne w praktykowaniu). Boli mnie też to, że Kościół otwarcie popiera homofobię w wydaniu agresywnym i nikt się tym nie przejmuje. Ba, nawet Rząd cicho przyklaskuje i popiera to, co się dzieje. Homoseksualistom nie pozwala się nawet organizować parad, wysyła się na nich uzbrojonych policjantów… a wszystko w jakim celu? Przez to, że są inni? Okej, Bóg może ich nie kochać według wysoko postawionych hierarchów Kościoła, ale dlaczego mają cierpieć katusze ze strony całego społeczeństwa?

Mam niejasne przeczucie, że mogę być zlinczowany (miejmy nadzieję, że tylko w sensie dyskusyjnym) za to, co tutaj przedstawiam. Och, zaraz pewnie mnie też ktoś wyzwie od jakichś gejów i pedałów, ech. Nie rusza mnie to, wybaczcie. To chyba się rzadko zdarza, by heteroseksualista bez żadnych powiązań ze światkiem homoseksualnym bronił praw mniejszości, prawda? Może to odzywa się moja lewicowo-liberalna część? Cholera wie, ale chodzi o to, że nie podoba mi się jawna dyskryminacja praktykowana w naszym pięknym kraju. Śluby homoseksualistów? Dlaczego nie? Jeżeli wytworzyła się między nimi prawdziwa miłość, dlaczego im zabraniać związać się ze sobą? Myślę, że to ich prywatna sprawa i nikt nie powinien się interesować czy małżeństwa składa się z dwóch mężów czy dwóch żon. Nie powinniśmy się do tego mieszać, bo ktoś może przyczepić się kiedyś do jakiejś naszej odmienności.

Na zakończenie chciałem jeszcze powrócić do wyżej wymienionej Caprici i wspomnieć o roli homoseksualistów w kulturze, gdzie mówiąc kultura, mam na myśli rozrywki dla mas, czyli seriale, które tak namiętnie oglądam. Ostatnio motyw innych orientacji seksualnych pojawia się zdecydowanie za często; już przyzwyczaiłem się do tego, że w każdym serialu jednym z głównych bohaterów musi być Afroamerykanin (tak dla zwykłej poprawności politycznej), ale wprowadzenie par homoseksualnych do każdego show zaczyna mnie już irytować. Wpierw Claire w Herosach, później główna bohaterka we FlashForwardzie i ta Japonka w Stargate Universe… Nawet Battlestar się nie uchował i pojawiła się pani admirał Cain. Ciekawostką jest fakt, iż jedynie ekipa twórców Galactici odważyła się stworzyć męską parę homoseksualistów (panów Feliksa Gaetę i Hoshiego) a w Caprice pokazali, że homofobia jest zupełnie obca Taurończykom. No, w sumie większą częścią widowni seriali sci-fi są mężczyźni, którzy lubią popatrzeć na lesbijki, a na gejów niekoniecznie. Wielce tolerancyjni się znaleźli, ech. So say we all!

Adnotacja

#1: Post ten został napisany dnia ósmego lipca 2008 roku o godzinie 12:54 na forum legnickiego fanklubu Gwiezdnych wojen przez użytkownika o nicku Lex w temacie Homoseksualizm założonym przez użytkownika o nicku Keating. Zacytowany tekst jest skopiowaną całością posta, wyłączając odpowiedź do innego użytkownika; kontent został również poprawiony pod względem interpunkcyjnym, w celach estetycznych

Śmierciożercy

5

Plakat promocyjny

Ostatnio mało czytam. Na mojej półce przy łóżku leży rozpoczęta w październiku Diuna Herberta, Roland Stephena Kinga, bożonarodzeniowe prezenty w postaci Cieni Mindora i dwóch ostatnich tomów Nocy Coruscant (których nawet jeszcze nie otworzyłem), Opowieści wampiryczne, w których zostało mi do przeczytania jedno, ostatnie opowiadanie oraz Lalka Prusa. Na półce z książkami leży jeszcze dziewięć książek, przez które nie udało mi się przebrnąć, między innymi sławetne Dzieci Jedi Barbary Hambly czy Zwycięstwo na Centerpoint Allena. Jako fan Gwiezdnych wojen, chcąc, nie chcąc, jestem osobą dużo czytającą, ale niestety zamyka się to raczej w jednym gatunku literackim, czyli w prozie fantastyczno naukowej, od której z rzadka uciekam. Ale przejdżmy do właściwego tematu, okej? W zeszłym tygodniu w polskich księgarniach pojawiła się najnowsza pozycja z tegoż uniwersum, czyli Szturmowcy śmierci (w oryginale Death Troopers) Joe Schreibera, a mnie wczoraj wreszcie udało się ich zakupić. Zacząłem czytać po dziewiątej wieczorem i się zakochałem.

Mam mieszane uczucia co do książkowych horrorów. Zacznijmy może od tego, że nawet średnio przepadam za filmami, ale swoje korzenie ma to w tym, iż kino ostatnich lat koncentruje się na gore(wtf?), które mnie zdecydowanie brzydzi. Jeszcze rok temu zastanawiałem się jak książka może kogokolwiek przestraszyć i za radą koleżanki wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki znane i lubiane w świecie Lśnienie Kinga. Och, król horroru, jak go nazywają, jakoś mnie nie oczarował. Książka była zwyczajnie nudna, ale postanowiłem się nie łamać i zabrać się za coś innego. Graham Masterton pisał bardzo ciekawie, ale to były raczej thrillery, a nie czystogatunkowe horrory, no, niestety. Dlatego, gdy usłyszałem o pierwszej pozycji ze świata Gwiezdnych wojen będącą horrorem dla dorosłych czytelników (tak, mam świadomość istnienia serii Galaxy of Fear) coś we mnie drgnęło. Z jednej strony, miałem nadzieję na coś epickiego, czegoś, przez co polubię książkowe horrory, z drugiej – bałem się, że znów dostanę nudny gniot, które pewnie i tak nie skończę.

Death Troopers zrobili w Stanach furorę. Premiera książki była poprzedzona wielką kampanią reklamową, której, co prawda, nie możemy porównywać do tego, co uświadczyliśmy przy Mocy wyzwolonej, jednakże to była jedynie część całego projektu multimedialnego, a Szturmowcy to tylko zwykła powieść. Pojawiły się plakaty ze świetną grafiką autorstwa Indiki, powstał suplement do gry Star Wars: Galaxies, potworzyło się mnóstwo in- i out-univerowych źródłem, chociażby konto TK 329 na Twitterze. Schreiber nawet opublikował soundtrack do książki. Medialna burza przetoczyła się przez amerykański rynek, a przez dziwną polityką wydawniczą Amberu, powieść pojawiła się w Polsce trzy miesiące po światowej premierze. Przez pierwszy tydzień nie było jej w legnickim Empiku, ale wczoraj pojawił się jeden egzemplarz, który natychmiastowo zakupiłem. Książkę przeczytałem w dwie godziny, co może jest spowodowane jej minimalistyczną objętością, ale przejdźmy do konsensusu.

Aquenral ocenia
Fabuła: 8+/10.
Dialogi: 7/10.
Opisy: 8+/10.
Klimat: 10/10.
Ogółem: 8+/10.

Szturmowcy śmierci wciągnęli mnie niesamowicie i odnowili moją wiarę w horrorystów. Książka jest krótka, dziwnie zbudowana, jeśli chodzi o rozdziały, które mają niekiedy po trzy strony, z początku trochę nudzi, ale muszę przyznać, że to jedna z najlepszych pozycji spod znaku Gwiezdnych wojen, przebija ją jedynie Stover ze swoim Zdrajcą i ewentualnie któryś Luceno, Traviss bądź Reaves. Najciekawsze jest to, że czytając, nie mamy wrażenia, że jesteśmy w odległej galaktyce; rzecz mogłaby się dziać w każdym uniwersum, w każdej rzeczywistości, gdyby nieco pozmieniać nazwy własne. Jedynym wątkiem, który rzuca się w oczy i jest dany jakby na siłę (co nie znaczy, że przeszkadza), jest pojawienie się Hana Solo i Chewbaccy, którzy wprowadzają atmosferę Starej Trylogii. I gdyby wszystkich Rodian, Wookieech i Dugów zamienić na ludzi, a niszczyciel gwiezdny na jakiekolwiek inne laboratorium, byłaby świetna powieść dla każdego czytelnika, bo, powiedzmy sobie szczerze, niewielu sięgnie po książkę z logiem Star Wars. Ale wróćmy do fabuły… Najlepsze jest to, że wszystko jest ładnie i w miarę racjonalnie wytłumaczone; jakoś nie podobała mi się idea zombie w odległej galaktyce, ale muszę przyznać, że Schreiber nieźle z tego wybrnął. Stworzył też całkiem ciekawych bohaterów z doktor Cody na czele, którą chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć w jakiejś książce. Ale największą zaletą Szturmowców… jest ich klimat. Krótkie rozdziały, mroczna atmosfera, wyważone dialogi i momentami makabryczne opisy nadają całej książce niesamowitą atmosferę grozy. Czytając to w nocy, w całkowitej ciszy, ma się wrażenie jakbyś sam znalazł się na opuszczonym gwiezdnym niszczycielu Vector i szedł pustym korytarzem, bojąc się, co Cię znajdzie za następnym zakrętem. Powraca imperialny wydział broni biologicznej z Galaxy of Fear, autor widocznie wystarczająco zgłębił galaktykę, gdyż pojawiają się tak mało znane rasy jak Paaerdaugowie, wspomina się o Dniu Życia, a akcja jednego rozdziału rozgrywa się na Galantosie. Nie ma upychanych na siłę wstawek o podmiotach znanych z filmów, co uparcie stosuje w swoich książkach Michael Reaves, a co mi się zdecydowanie nie podoba.

Podsumowanie? Jest to jedna z najlepszych książek, które noszą na okładce znak Star Wars, bardzo dobry horror i świetna rozrywka na zimową noc. Fakt, jest może za krótka, ale ma niesamowity klimat, który wynagradza naprawdę wszystko. Polecam ją wszystkim, naprawdę, bo to kawał dobrej, współczesnej literatury. Z niecierpliwością czekam na prequel, również autorstwa Schreibera, który ma sie pojawić pod koniec tego roku. So say we all.

Niebieskie mleko i bezsenna noc

12

» Poniższy wpis może zawierać materiał sentymentalny i odnoszący się do prywatnego życia autora.
Prelekcja z Radkiem

Właśnie powróciłem z Tatooine I, czyli pierwszego wrocławskiego konwentu poświęconemu w całości tematyce Gwiezdnych wojen, który odbył się w dniach 16-17 stycznia 2010. Było to również XVIII spotkanie legnickich fanów Gwiezdnych wojen (a za razem trzylecie istnienia fanklkubu), LXXV Imperiada, XIII spotkanie wałbrzyskie oraz III dolnośląskie, czyli idealna okazja, by pojawić się w fandomie, spotkać świetnych ludzi i dowiedzieć się czegoś ciekawego o odległej galaktyce. Nie sposób jest opisać wszystko, czego doświadczyliśmy podczas tych wspaniałych dwóch dni, myślę, że wkrótce światło dzienne ujrzy oficjalny legnicki raport autorstwa Marcina Smolskiego, więc pominę opowiadania o Dzikim Zachodzie, rozdaniu lansu połączonym z legnickim festynem zakończonym odwieszeniem koszulki mokrej od mleka czy wielu innych sytuacjach, które będą opowiadane przez najbliższe miesiące. No cóż, tradycyjnie już, składam najszczersze podziękowania dla wszystkich obecnych, z którymi dane mi było spotkać się na tak zacnej imprezie, a szczególne wyróżnienia znajdą się poniżej. A więc…

  • Łedżissu (tak, chodzi oczywiście o Taraissu i Wedge’a), wybaczcie, że łączę w jedno, ale inaczej chyba nawet nie wypada. Wciąż powtarzam tylko i powtarzam, jacy to jesteście niesamowici, wspaniali i świetni, ale po prostu nie umiem znaleźć innych wyrazów, które mogłyby Was opisać. Sam pomysł Tatooine już był mistrzowski, a realizacja doskonała, ale Wy musieliście jeszcze zagrać w genialnym przedstawieniu Hella i zorganizować całą galę rozdawania nagród za lans. Przepraszam za brak pożegnania, ale niestety nam się śpieszyło i wyszło jak wyszło, uściskamy się następnym razem.
  • Prelekcja z Sevem
  • Sky, tudzież Skaj, jesteś niesamowity, zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym znaczeniu tego słowa. Tylko Ty potrafisz godzinę przed naszą prelekcję zapytać się o jej godzinę, a potem i tak przyjechać o godzinie dwudziestej. No, ale wszystko zakończyło się dobrze, więc nie ma na co narzekać, prawda? Należą Ci się wielkie podziękowania za miłe towarzystwo w niedzielę, próby przetrwania nocy oraz radość z rzucania brokatem w ludzi. Aha, a Battlestara obejrzymy jeszcze kiedyś razem, nie martw się. So say we all!
  • Hellruner, twój Epic Level przekroczył wczoraj skalę. Szkoda, że kolor Ci spłynął z włosów, ale Twój entuzjazm i pozytywny styl życia wcale się nie zmniejszyły. Nawet nie wiesz jak żałuję, że nie mieszkasz wciąż w Legnicy, ale serdecznie zapraszam na wszystkie nasze spotkania – łóżko zawsze się gdzieś znajdzie, a brakuje nam Ciebie. Przedstawienie pierwsza klasa, czekam na kolejny spektakl, najlepiej kontynuację. No, szkoda też, że tak szybko musiałeś nas opuścić, ale nadrobimy to na Pyrkonie.
  • Radek, wielkie, naprawdę wielkie dzięki za prelekcję pod tytułem Ogniodmuchy pod poduchy, amphistaffy do szafy, czyli poglądzie na yuuzhańską technologię, na który Skaj nie przybył. Mimo, iż dowiedziałeś się o niej na pół godziny przed występem, a mieliśmy przygotowane tylko 50 zdjęć, wyszła naprawdę świetna, a cała widownia była zapełniona. Nestor uznał ją za najlepszą prelekcję konwentu, Balav przekonał się po niej do NEJ, a Zayne stwierdził, że wciąż go zaskakuję Yuuzhan Vongami. No, a Yuuzhan Vongiem z krwi i kości jeszcze zostaniesz, przekabacimy Cię ze Skajem!
  • Shevu, wreszcie sobie poobcowaliśmy, tak jak chciałeś (proszę bez sprośnych skojarzeń, dziękuję). Miło było wreszcie z Tobą spokojnie pogadać i pośmiać się z różnych rzeczy, super, że przywiozłeś resztę Wałbrzycha (pozdrowienia, szczególnie dla Aresza!) i towarzyszyłeś nam przez większość czasu, no i dzięki za przedstawienie mi Girduna. Zapraszam do Legnicy, Bartuś!
  • Girdun, cholera jasna, Ty ćwoku. Nie nauczyli Cię, żeby się przedstawiać ludziom? Widziałem Cię przez cały dzień i nie mogłem sobie skojarzyć twarzy z imieniem, kuźwa. Wybacz, że nie zrobiliśmy sobie tego zdjęcia, wybacz, że nie mamy grupowej foty Regimentu, wybacz, że nie zrobiliśmy sobie tej małej pielgrzymki o ósmej rano.
  • Immo, a właściwie Wojtuś, tak, będę używał Twojego imienia. Miło było się poznać tak naprawdę, bo nasze spotkania na poprzednich konwentach ograniczały się tylko do minimum, a tyś taki zacny chłop! Jak widać, Mando-geje i Yuuzhan Vongowie mogą żyć ze sobą w przyjaźni, mimo wszystko. Chciałem Ci powiedzieć, że przez tę bladość wyglądasz jak Edward, ale się bałem, hihi.
  • Gala lansu 2009
  • Sev i Padme, kocham Was. Teraz wszyscy będą wiedzieli, że Padme jest u Komisarza, ów Komisariat zapraszam do Legnicy jak najczęściej. Tylko, gdybyście posiedzieli z nami trochę dłużej niż do trzeciej, byłoby naprawdę super.
  • Dev i Bidon, czyli moja najukochańsza paro bliźniaków, jaką kiedykolwiek spotkałem. Przykro mi, że się spóźniłem na Waszą Eskadrę Łotrów, ale końcówka była całkiem-całkiem. Pamiętajcie, że przyjeżdżamy z całą Legnicą do Was w maju, a sam ze swojej strony zapraszam do nasna XIX spotkanie, łączące się z wszelaką tajemnicą, o!
  • Rav i Malak, nie muszę chyba mówić, że jesteście wyjątkową parą, prawda? Gratuluję Wam obu wysokich not we wrocławskim rankingu oraz II miejsca w konkursie na najgłupsze zdjęcie roku.
  • A skoro już jesteśmy przy parach, Nestor i Amadeusz, jesteście świetni, szczególnie jeśli chodzi o kompanów do nocnych rozmów. Poza tym miło było wreszcie poznać Amadeusza (znam więcej osób z Kantyna Teamu!) i jakoś dłużej pogadać, o wampirach i nie tylko. Do zobaczenia na Waszej ziemi na Pyrkonie, moi drodzy!

Legnicy, która się pojawiła licznie, nie dziękuję, bo jesteście poza skalą niesamowitości. Jesteśmy festynem i powinniśmy być z tego dumni! Zatem gorące buziaki idą do KAcperossa, Zayne’a, Mr. Hani, Azzedara, Wszelaka, Herkaya, Fixera, Dzikiego, Drakesa, Dessela, Asimmo, Hella i Seva. Poza tym podziękowania dla wszystkich innych: Rodzyna, Urthony, Appo, Aeri i Azeriusa, Ri, Ragnusa, Akashy, Mandousa, Jenth, Obi-Wana i Yodi, Olorina, Barraha, Nomi, Jinna, Preziego, (pana) Maquisa i wszystkich innych, których nie wymieniłem albo nie poznałem. So say we all!

Aha, nie, to nie był zjazd homoseksualistów.


Autorem wszystkich artykułów na powyższej stronie jest Krzysztof Rewak.
Oryginalny layout wpBurn Blue, tłumaczenie: Perfekta.pro