Śmierciożercy

5 luty 2010
Plakat promocyjny

Ostatnio mało czytam. Na mojej półce przy łóżku leży rozpoczęta w październiku Diuna Herberta, Roland Stephena Kinga, bożonarodzeniowe prezenty w postaci Cieni Mindora i dwóch ostatnich tomów Nocy Coruscant (których nawet jeszcze nie otworzyłem), Opowieści wampiryczne, w których zostało mi do przeczytania jedno, ostatnie opowiadanie oraz Lalka Prusa. Na półce z książkami leży jeszcze dziewięć książek, przez które nie udało mi się przebrnąć, między innymi sławetne Dzieci Jedi Barbary Hambly czy Zwycięstwo na Centerpoint Allena. Jako fan Gwiezdnych wojen, chcąc, nie chcąc, jestem osobą dużo czytającą, ale niestety zamyka się to raczej w jednym gatunku literackim, czyli w prozie fantastyczno naukowej, od której z rzadka uciekam. Ale przejdżmy do właściwego tematu, okej? W zeszłym tygodniu w polskich księgarniach pojawiła się najnowsza pozycja z tegoż uniwersum, czyli Szturmowcy śmierci (w oryginale Death Troopers) Joe Schreibera, a mnie wczoraj wreszcie udało się ich zakupić. Zacząłem czytać po dziewiątej wieczorem i się zakochałem.

Mam mieszane uczucia co do książkowych horrorów. Zacznijmy może od tego, że nawet średnio przepadam za filmami, ale swoje korzenie ma to w tym, iż kino ostatnich lat koncentruje się na gore(wtf?), które mnie zdecydowanie brzydzi. Jeszcze rok temu zastanawiałem się jak książka może kogokolwiek przestraszyć i za radą koleżanki wypożyczyłem ze szkolnej biblioteki znane i lubiane w świecie Lśnienie Kinga. Och, król horroru, jak go nazywają, jakoś mnie nie oczarował. Książka była zwyczajnie nudna, ale postanowiłem się nie łamać i zabrać się za coś innego. Graham Masterton pisał bardzo ciekawie, ale to były raczej thrillery, a nie czystogatunkowe horrory, no, niestety. Dlatego, gdy usłyszałem o pierwszej pozycji ze świata Gwiezdnych wojen będącą horrorem dla dorosłych czytelników (tak, mam świadomość istnienia serii Galaxy of Fear) coś we mnie drgnęło. Z jednej strony, miałem nadzieję na coś epickiego, czegoś, przez co polubię książkowe horrory, z drugiej – bałem się, że znów dostanę nudny gniot, które pewnie i tak nie skończę.

Death Troopers zrobili w Stanach furorę. Premiera książki była poprzedzona wielką kampanią reklamową, której, co prawda, nie możemy porównywać do tego, co uświadczyliśmy przy Mocy wyzwolonej, jednakże to była jedynie część całego projektu multimedialnego, a Szturmowcy to tylko zwykła powieść. Pojawiły się plakaty ze świetną grafiką autorstwa Indiki, powstał suplement do gry Star Wars: Galaxies, potworzyło się mnóstwo in- i out-univerowych źródłem, chociażby konto TK 329 na Twitterze. Schreiber nawet opublikował soundtrack do książki. Medialna burza przetoczyła się przez amerykański rynek, a przez dziwną polityką wydawniczą Amberu, powieść pojawiła się w Polsce trzy miesiące po światowej premierze. Przez pierwszy tydzień nie było jej w legnickim Empiku, ale wczoraj pojawił się jeden egzemplarz, który natychmiastowo zakupiłem. Książkę przeczytałem w dwie godziny, co może jest spowodowane jej minimalistyczną objętością, ale przejdźmy do konsensusu.

Aquenral ocenia
Fabuła: 8+/10.
Dialogi: 7/10.
Opisy: 8+/10.
Klimat: 10/10.
Ogółem: 8+/10.

Szturmowcy śmierci wciągnęli mnie niesamowicie i odnowili moją wiarę w horrorystów. Książka jest krótka, dziwnie zbudowana, jeśli chodzi o rozdziały, które mają niekiedy po trzy strony, z początku trochę nudzi, ale muszę przyznać, że to jedna z najlepszych pozycji spod znaku Gwiezdnych wojen, przebija ją jedynie Stover ze swoim Zdrajcą i ewentualnie któryś Luceno, Traviss bądź Reaves. Najciekawsze jest to, że czytając, nie mamy wrażenia, że jesteśmy w odległej galaktyce; rzecz mogłaby się dziać w każdym uniwersum, w każdej rzeczywistości, gdyby nieco pozmieniać nazwy własne. Jedynym wątkiem, który rzuca się w oczy i jest dany jakby na siłę (co nie znaczy, że przeszkadza), jest pojawienie się Hana Solo i Chewbaccy, którzy wprowadzają atmosferę Starej Trylogii. I gdyby wszystkich Rodian, Wookieech i Dugów zamienić na ludzi, a niszczyciel gwiezdny na jakiekolwiek inne laboratorium, byłaby świetna powieść dla każdego czytelnika, bo, powiedzmy sobie szczerze, niewielu sięgnie po książkę z logiem Star Wars. Ale wróćmy do fabuły… Najlepsze jest to, że wszystko jest ładnie i w miarę racjonalnie wytłumaczone; jakoś nie podobała mi się idea zombie w odległej galaktyce, ale muszę przyznać, że Schreiber nieźle z tego wybrnął. Stworzył też całkiem ciekawych bohaterów z doktor Cody na czele, którą chciałbym jeszcze kiedyś zobaczyć w jakiejś książce. Ale największą zaletą Szturmowców… jest ich klimat. Krótkie rozdziały, mroczna atmosfera, wyważone dialogi i momentami makabryczne opisy nadają całej książce niesamowitą atmosferę grozy. Czytając to w nocy, w całkowitej ciszy, ma się wrażenie jakbyś sam znalazł się na opuszczonym gwiezdnym niszczycielu Vector i szedł pustym korytarzem, bojąc się, co Cię znajdzie za następnym zakrętem. Powraca imperialny wydział broni biologicznej z Galaxy of Fear, autor widocznie wystarczająco zgłębił galaktykę, gdyż pojawiają się tak mało znane rasy jak Paaerdaugowie, wspomina się o Dniu Życia, a akcja jednego rozdziału rozgrywa się na Galantosie. Nie ma upychanych na siłę wstawek o podmiotach znanych z filmów, co uparcie stosuje w swoich książkach Michael Reaves, a co mi się zdecydowanie nie podoba.

Podsumowanie? Jest to jedna z najlepszych książek, które noszą na okładce znak Star Wars, bardzo dobry horror i świetna rozrywka na zimową noc. Fakt, jest może za krótka, ale ma niesamowity klimat, który wynagradza naprawdę wszystko. Polecam ją wszystkim, naprawdę, bo to kawał dobrej, współczesnej literatury. Z niecierpliwością czekam na prequel, również autorstwa Schreibera, który ma sie pojawić pod koniec tego roku. So say we all.

recenzje , , , , ,

F-81.0, czyli mamy problem!

1 luty 2010

Dajmy już spokój wampirom, którymi męczę Was od dłuższego czasu i przejdźmy do tematów bardziej cywilizowanych, koncentrując się na kwestiach społeczno-edukacyjnych. Doskonale zdaję sobie sprawę, że dzisiejszy temat jest bardzo kontrowersyjny, gdyż dotyka całkiem sporą część naszego społeczeństwa i wielu się ze mną nie zgodzi; przeprosiłbym z góry za cały poniższy tekst, ale nie piszę tego, by kogokolwiek urazić. Ot, prawda to tylko prawda i nic więcej. Zatem czymże jest ów tajemniczo brzmiące F-81.0 z tytułu dzisiejszego wywodu? Ano, to zwykłe medyczne oznaczenie choroby psychicznej według Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10, które w języku polskim nazywane jest nie inaczej jak dysleksją.

Dysleksja to zaburzenie manifestujące się trudnościami w nauce czytania i pisania przy stosowaniu standardowych metod nauczania i inteligencji na poziomie co najmniej przeciętnym oraz sprzyjających warunkach społeczno-kulturowych – przynajmniej tak twierdzi Wikipedia. Co to może oznaczać dla zwykłego zjadacza chleba? Dyslektycy mają problem z najbardziej podstawowymi czynnościami związanymi z pobieraniem i przekazywaniem informacji w formie słowa pisanego, co jest widocznym upośledzeniem, jednak w naszej kulturze wykształciła się nutka współczucia wobec nich, której konsekwencje można dostrzec gołym okiem. Okej, ktoś ma problem, nie potrafi dobrze czytać, gubi literki, robi rażące błędy i nie zdaje z nich sobie sprawy, ale dlaczego dzisiaj otrzymuje on miano dyslektyka, podczas gdy dwadzieścia lat temu był nazywany nieukiem? Co mnie najbardziej boli? Ano, fakt, iż owi dyslektycy mają liczne uprawnienia i udogodnienia, o których zwykły uczeń może pomarzyć, a gorszy – pozazdrościć. Nie, ja niczego im nie zazdroszczę, nie chcę też żadnych taryf ulgowych, ale trzeba być konsekwentnym i nikt nie powinien być wyróżniany. To tak, jakby Jan Kowalski był świetny z matematyki, więc nauczycielka przygotowywałaby mu inny zestaw pytań i punktację w odpowiedzi na jego ponadprzeciętną inteligencję i zdolności (tak również się zdarza). Po coś ktoś opracował system ocen, by wszyscy byli oceniani według jednej skali i aby wyniki były w jakiś sposób miarodajne. Jeżeli ktoś ma problemy z czytaniem, w jaki sposób może liczyć na czwórkę tudzież piątkę z języka polskiego? Dyskalkulik powinien na zawsze porzucić nadzieję na pozytywną ocenę z matematyki, a dysgrafik – z plastyki.

Och tak, jestem złym człowiekiem i nie rozumiem przypadłości dolegającym innym. Szkoda tylko, że moje zdanie nie jest zbudowane na kaprysie, chęci dokopania leżącemu czy zwykłej, ludzkiej złośliwości, ale jest poprzedzone licznymi obserwacjami i znajomością z wieloma dyslektykami. Znam przypadki, gdzie w szkole podstawowej dziecku zdiagnozowano dysortografię, a dziś pisze w miarę poprawnie z częstotliwością błędów zwykłego człowieka. Dlaczego tak jest? Bo dysleksja jest jedynie ładną nazwą na brak zdolności w jakiejś dziedzinie i brak chęci na ich zdobycie lub poprawienie. Jestem człowiekiem, który lubi sprawiedliwość, więc niesamowicie mnie drażnią uprawnienia dyslektyków – wydłużony czas pisania egzaminów kończących szkołą, włączając w to maturę, ulgi podczas sprawdzania prac klasowych, społeczne poparcie i zrozumienie dla ułomności. Czy dlatego, że nie potrafię rozróżnić promycyny od ptialiny powinienem być zwolniony z lekcji biologii? Czy brak znajomości dat poparty świstkiem z poradni psychologicznej wykluczy mnie z oceniania z historii? Nie.

Dlaczego? Jeżeli nie umiem czytać wykresów – jestem debilem; jeżeli nie potrafię poprawnie czytać – jestem biednym, chorym człowiekiem. Chociaż nie, nawet nie chorym, bo przecież dysleksja nie jest chorobą, tylko przypadłością! Mówi się, że dyslektycy wcale nie są gorsi od reszty społeczeństwa, a ja się pytam dlaczego nie są? Skoro nie umieją zrobić poprawnie tego, co jest ogólnie uznanym standardem, są definitywnie gorsi. Bardzo dobrze, jeżeli się starają, próbują coś ze sobą zrobić i wyjść z tejże ułomności, ale większa część tkwi w swojej głupocie, nie mając zamiaru nic robić. Skoro mogą mieć ulgi, korzystają z nich, nie bacząc, że zagłębiają się w debilizmie i lenistwie. I gdzie jest ten miarodajny system ocen, skoro moja skromna osoba ma piątkę z wypracowania na języku polskim za bezbłędną pracę klasową, a kolega zrobił iks błędów i otrzymuje tę samą ocenę? Dlaczego dyslektyk ma mieć wydłużony czas na maturze? Skoro ma problemy, to jego prywatna sprawa. Najbardziej mnie jednak zaskakuje społeczna postawa wobec wszelakiego rodzaju dysleksji: podczas, gdy ludzie wyśmiewają wszystkie ułomności i skrzywienia, w stosunku do dysleksji pozostają obojętni albo wręcz bronią biednych przed takimi złymi ludźmi jak ja.

So say we all!

społeczeństwo , , , ,

Poranek

27 styczeń 2010

Czasami mam wenę i zaczynam pisać, pisać i pisać. Z reguły, nawet, gdy już coś skończę, zazwyczaj leży to na dysku, czekając na najbliższy format. W większości przypadków, praca nawet nie zostaje ukończona, gdyś w połowie monumentalnego dzieła, które ma już dobre sto dwadzieścia stron, tracę jakiekolwiek chęci i porzucam projekt. Dzisiaj macie niepowtarzalną okazję przeczytania czegoś, co kotłuje się w mojej głowie od jakiegoś czasu, jednak nie mogłem znaleźć sposobu przelania tego na kilobajty. Zatem nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do lektury, o.

***

PORANEK
AUTOR: KRZYSZTOF REWAK

     Dzień jak dzień, każdy wygląda tak samo.

     - Kochanie, wstawaj – otworzyłem oczy, udając, że słodki głos Jennifer wyrwał mnie z lekkiego snu. W rzeczywistości, od dobrych piętnastu minut nasłuchiwałem odgłosów budzącego się do życia domu, zastanawiając się nad błahymi sprawami związanymi z nadchodzącym dniem i opracowując plan wspólnego wyjazdu na weekend. – Już szósta, spóźnisz się do pracy.

     Nazywam się Edward Chance, mam trzydzieści pięć lat, jestem założycielem i dyrektorem generalnym CapriDynamics, największej w tej części świata kompanii produkującej uzbrojenie dla wojska. Urodziłem się w prowincjonalnej mieścinie, której żadne dziecko w stolicy nie potrafiłoby wskazać palcem na mapie, ale moje zdolności w kierunkach automatyki, informatyki i sprzętu bojowego pozwoliły na studiowanie na najbardziej prestiżowych uczelniach świata. Oprócz satysfakcjonującej i dobrze płatnej pracy, udało mi się związać z najpiękniejszą – w moim przekonaniu – kobietą na świecie i zbudować solidne fundamenty pod resztę życia. Brzmi nieco zbyt idyllicznie? No cóż, jak to się mawia, jedni mają szczęście, inni nie.

     Zmieniłem pozycję z leżącej na siedzącą i spojrzałem zegarek wskazujący godzinę 06:07. Przeczesałem prawą dłonią półdługie włosy i dotknąłem policzków, uświadamiając sobie, iż wypadałoby się ogolić. Mój zastępczy dyrektor, Matt Agathon, powiadomił mnie wczoraj, tuż po godzinach, w których wypada dzwonić, o niespodziewanie zapowiedzianej wizycie “kogoś z góry”, kto chce złożyć zamówienie rządowe warte miliardy euro. Nasze bojowe automaty spisywały się doskonale na polach bitew w Afganistanie i Somalii, a bojowe kombinezony uratowały życie niejednego żołnierza, więc nic dziwnego, że coraz więcej państw podpisywało kontrakty opiewające bajońskie sumy, a my bogaciliśmy się o kolejne miliony. Dzisiejsza rozmowa była jednak bardzo ważna i miała nieść mnóstwo pozytywnych skutków, więc musiałem zadbać o pierwsze wrażenie jako CEO.

     Ogoliłem się szybko, słuchając jak z głośników w salonie sączy się cicho Running Up That Hill w wykonaniu Placebo, po czym ubrałem koszulę, zawiązałem krawat i zbiegłem na dół, skacząc co drugi stopień i podśpiewując w rytm piosenki. Jennifer już stała w kuchni, smażąc jajecznicę na teflonowej patelni, zerkając od czasu do czasu na gotującą się wodę.

     - Cześć, kochanie – przywitałem się z żoną. Wysoka blondynka odwróciła się i spojrzała na mnie swoimi wielkimi oczami o nieokreślonej barwie, uśmiechając się i obnażając rząd białych zębów.

     - Lustra w domu nie masz? – zaśmiała się życzliwie, ścierając placem wskazującym resztkę pianki do golenia z mojego podbródka. Uśmiechnąłem się gorzko, po czym spojrzałem na usmażone śniadanie. Kilka kurzych jajek, krwiste mięso, mnóstwo curry i cayenne, czyli tak jak lubię. – Wrócisz dzisiaj wcześniej? – Nienawidziłem sprawiać jej zawodu, chociaż byłem świadom, że Jess wie, iż moja praca wymaga ode mnie wyrzeczeń; nigdy nie pogniewała się z powodu przedłużających się konferencji w HQ CapriDynamics, przerywających sen telefonów od Matta czy niespodziewanych wizyt “ludzi z branży”.

     Pokręciłem przecząco głową i wyjaśniłem bieżącą sytuację. Jess nigdy nie interesowała się moimi badaniami, nigdy nie pytała o żadne szczegóły, nawet nie schodziła do mojej pracowni, zwyczajnie w świecie jej to nie interesowało. Aktualnie pracuję nad cybernetyczno-logicznym organizmem neuronowym, który ma stać się zabójcą idealnym na polu bitwy, jak i podczas działań skrytobójczych. Tak, znam klasyki kina i wiem, co się stało w Terminatorze czy w Battlestar Galactice, ale nasze maszyny nie obrócą się przeciwko nam, przynajmniej mam taką nadzieję. Pierwszy egzemplarz, który pieszczotliwie nazwaliśmy c0005, stawiał już niepewne kroki jako jedyna na świecie maszyna obdarzona w pełni funkcjonującą sztuczną inteligencją.

     - Pamiętasz o przyjeździe Boba?

     Ach, no tak. W piątek przyjeżdża jej ukochany wuj, Robert Carlson, z którym mam przyjemność wyjeżdżać na polowanie raz na dwa miesiące. Miły facet, ale zbyt pasjonuje się zabijaniem zwierzyny, przez co wyjazdy nabierają niepotrzebnej brutalności. Nie żebym nie lubił polować czy czuł żal do ofiar, ale Bob za bardzo to przeżywa. Pokiwałem głową na znak potwierdzenia i rzuciłem okiem na wczorajszą gazetę. Świat wciąż nie mógł się otrząsnąć po suszy stulecia, która pochłonęła prawie trzy miliony dusz, komentowano ataki dzikich zwierząt na okoliczne wioski, wspomniano również o ostatnich nielegalnych badaniach nad ludźmi przeprowadzanych przez HaspelCorp, największego rywala CapriDynamics, który zaczynał wchodzić na rynek biochemiczny.

     - Słońce już zachodzi, pora się zbierać – powiedziałem, zerkając na naścienny wyświetlacz LCD. Obnażyłem ostre kły i założyłem czarną marynarkę. – Kochanie, wrócę przed świtem, nie martw się – obiecałem i wyciągnąłem samochodowe kluczyki. Jess stanęła w drzwiach i trzymając kubek z zimną krwią, pomachała mi na pożegnanie. Ot, zwykły początek dnia. Codziennie powtarzane sytuacje, nic zaskakującego.

     Nazywam się Edward Chance, mam trzydzieści pięć lat, a za dwa tygodnie obchodzę swoje dwieście czterdzieste piąte urodziny. Jestem naukowcem, bo świat potrzebuje zmian. Zmiany są bolesne, ale przynoszą ewolucyjny postęp. Zmiany takie jak wprowadzanie sztucznej inteligencji do ciężkich machin bojowych wysyłanych na front; zmiany takie jak przemiana świata człowieka w świat wampira. Można by dyskutować na zaletami wadami masowej wampiryzacji, ale to nie miejsce na takie dywagacje. Przynajmniej żyje się ciekawiej.

twórczość ,

O wampirach słów kilka

26 styczeń 2010

Ostatnio na łamach Dziennika pokładowego możecie uświadczyć mojej fascynacji wampirami, której owocami są chociażby recenzje Zmierzchu czy Daybreakers. Ci z Was, którzy znają mnie osobiście, być może zauważyli moje wampiryczne (wampirze?) upodobania w dziedzinie literackiej, filmowej i kulturalnej, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek wiedział jaka jest geneza mojej najnowszej pasji. Prawda jest niestety taka, że sam za bardzo nie orientuję się dlaczego nagle zainteresowałem się tradycyjną fantastyką opartą na ludowych wierzeniach i mitach, skoro zawsze wolałem fantastykę naukową i związane z nią bitwy kosmiczne, okręty gwiezdne i zaawansowaną technologię. Wciąż nie darzę sympatią elfów, czarownic, krasnoludów czy nawet wilkołaków, ale pijawki w jakiś tajemniczy sposób zdobyły moje serce. Poszedłem jakiś czas temu do szkolnej biblioteki (ach, te staroświeckie sposoby szukania informacji) i trafiłem na antologię wydaną pod zgrabnym tytułem Opowieści wampiryczne, w której skład wchodzą dzieła takich mistrzów literatury jak Goethe, Gogol czy Tołstoj. Opowiadania są całkiem interesujące, bardzo spodobał mi się Gość Drakuli Stokera i Upiór Tołstoja, ale najbardziej zaintrygował mnie jednak wstęp, który jest istną kopalnią informacji o wampirach.

Hospodar Wład III Drakula.

Larofan wczoraj skomentował moją recenzję Daybreakers: Świt, pytając o naturę prawdziwych wampirów. Tak, zdaję sobie w pełni sprawę z faktu, że wampiry są jedynie stworzeniami mitologicznymi i występują tylko w podaniach ludowych, aczkolwiek musi istnieć jakaś geneza tego wszystkiego. Już darując sobie stwierdzenia, że w każdym micie znajduje się chociażby najmniejsze ziarnko prawdy i pomijając naukowo potwierdzone przypadki wampiryzmu w postaci porfirii, załóżmy, że wampiry przedstawiane w dzisiejszych mediach w rzeczywistości nie istnieją, bo jako takiego prawa bytu nawet nie powinny mieć. Problem pojawia się w miejscu, gdy chcemy zdefiniować wampira, bo pogląd na upiora w dzisiejszych czasach uległ zdecydowanym zmianom od epoki romantyzmu. Może wpierw przedstawię swój pogląd na sprawę, okej? Mój wampir jest krwiopijcą, który nie wzdryga się przed ukąszeniem człowieka i wyssania z niego ciepłej krwi, która jest mu do życia niezbędnie potrzebna niczym woda dla człowieka. Słońce powinno mieć niekorzystny wpływ na wampirzą skórę, delikwent winien być nieśmiertelny i wiecznie tkwić w wieku, w którym został ugryziony; ów ukąszenie przemienia ofiarę w kolejnego wampira. Mimo metabolicznej nieśmiertelności, nasz wampir może zostać zabity w sposób konwencjonalny tudzież kołkiem w serce. Oczywiście nie ma mowy o żadnej zmianie postaci w nietoperza czy wilka albo o strachu przed krzyżem, bo tego nie da się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć (abstrahując już od faktu, że próbuję wyjaśnić istnienie wampirów). Jak jest w dzisiejszym świecie, widzi każdy. Pojawia się mnóstwo dzieł, gdzie wampiry stają się obrońcami biednych ludzi, piją krew zwierzęcą tudzież syntetyczną i starają się żyć w cywilizacji Homo sapiens. Ech.

Ach, ten Edward Cullen.

No, niestety, muszę przyznać, że moja przygoda z krwiopijcami zaczęła się intensywnie przy lekturze Zmierzchu i jego kontynuacji, przez co mam nieco zniekształcone postrzeganie wszystkiego, co jest związane z wąpierzami (ach, te słowiańskie nazwy!) i ich obyczajami. Ostatnio wydaje mi się, że powoli mija ogólnoświatowy szał na wampiry, który jest owocem wyżej wymiennego Zmierzchu (tudzież Roberta Pattisona) i pożywką dla licznych seriali, między innymi Czystej krwi czy Dzienników wampirów, którymi wszyscy się niesamowicie podniecają. Niestety tak się złożyło, że zainteresowałem się tą tematykę w dobie wampirzej mody, ale, mam nadzieję, nie jest to tylko tymczasowa pasja, bo temat jest niesamowicie wciągający. Ale zaraz, co może być wciągającego i interesującego w upiorach, które odżywiają się ludzką krwią – mógłbyś zapytać, drogi czytelniku. Mnie najbardziej intryguje sam fakt, iż wampiry przetrwały do dnia dzisiejszego i wciąż fascynują ludzi, ponadto ich korzenie sięgają czasów starożytnych, są wspominane w eposie o Gilgameszu, a nawet w Biblii! Każde źródło opisuje je na swój sposób, w każdej książce mają inne atrybuty, w każdym filmie inaczej się zachowują i (nie)żyją, przez co nigdy nie poznamy prawdziwej natury wampirów i nigdy nawet nie zdefiniujemy ów stworzeń. Szczerze mówiąc, chyba chciałbym wierzyć, że wampiry istnieją. Naprawdę.

inne , , , ,

Porażka roku

20 styczeń 2010

Jeśli jesteście stałymi czytelnikami moich dywagacji na wszelakie tematy, z pewnością zauważyliście prośbę o głosowanie na Dziennik pokładowy w onetowskim konkursie Blog Roku 2009, w którym miałem, a w zasadzie wciąż mam, wątpliwy zaszczyt uczestniczyć. Nie no, okej, idea jest dobra, bo warto promować świetnych bloggerów i ich dzieła, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Wczoraj zagadała do mnie, poprzez komunikator Gadu-Gadu, autorka bloga Szelest Stron, Ewelina Dziubińska, która startuje w mojej kategorii w owym konkursie. Doszliśmy razem do wniosku, że Blog Roku jest źle skonstruowany, że niektórzy ludzie nie rozumieją przesłania, że potrzebne byłyby zmiany. Tak, zmiany są bolesne i zawsze ciągną ze sobą koszta, ale niosą również możliwość ewolucji i widmo poprawienia dziedziny, której się tyczą. Ale dlaczego w ogóle narzekam?

Spójrzmy na pierwszą dziesiątkę blogów w kategorii Ja i moje życie, w której startuję. Pierwsze miejsce zajmuje blog nieuleczalnie chorej osoby, trzecie należy do matki (jeśli dobrze rozumiem) zmarłego dziecka, później znów się powtarzają motywy zmarłych i chorych. Zdaję sobie sprawę, że wyjdę teraz na bezwzględnego drania bez uczuć, ale muszę to publicznie napisać, bo korci mnie to od samego początku trwania owego konkursu. Powinna powstać osobna kategoria dla, nie bójmy się tego stwierdzić, sierot życiowych, których popularność blogów bazuje jedynie na współczuciu, bo nie przedstawiają one ze sobą żadnej wartości merytorycznej. Tak, zdaję sobie sprawę, że ludzie przechodzą swoje osobiste tragedie, muszą czasami przejść przez piekło i chcą się tym z innymi podzielić, ale… dlaczego to jest tak celebrowane przez internetową społeczność? Przykro mi, że ludzie cierpią, ale jaki jest sens opisywania tego wszystkiego? Przez takie oto pamiętniki, prawdziwe blogi przegrywają w niezdrowej rywalizacji pomiędzy ludzkim współczuciem a potrzebą zdobywania informacji. I nie chodzi mi wcale o to, że nie jestem już nawet w pierwszej dziesiątce (cóż, 30. miejsce też jest dobre), bo nie zależy mi już jakoś szczególnie na zwycięstwie, ale to jest, najzwyczajniej w świcie, nie fair, a ja nie lubię, gdy coś przeczy ogólnie przyjętym standardom.

W zeszłym roku zwyciężyła dziewczynka, która opisywała swoje życie po śmierci ojca. Spójrzmy: kiepska platforma do blogowania, paskudny wystrój, mnóstwo brzydkich reklam, zero gramatyki, składni, poprawności ortograficznej czy interpunkcyjnej. Ale jednak zwycięzca, czyli, jakby nie patrzeć, wzór do naśladowania. Gdyby wszystkie blogi wyglądały tak jak ten, już dawno przestałbym przeglądać lokalną blogosferę. No cóż, niestety, ale wygrywa ludzka słabość do ludzkiej słabości (tak, wiem jak to brzmi) i prawdziwy blog nie ma żadnych szans ze zmarłymi i nieuleczalnie chorymi, a ludzi zasługujących na palmę pierwszeństwa jest co nie miara. Ech, jest jednak tak jak jest i nic z tym nie zrobimy, chociaż bardzo ucieszyłbym się z kategorii dla połamańców, którą można by dyplomatycznie nazwać, chociażby, Problemy życiowe.

A skoro jesteśmy przy konkursach, dziękuję wszystkim dobrym duszom, które wysłały tego esemesa na mnie, dzięki czemu piastuję trzydzieste miejsce, o! Z dniem dzisiejszym startuję w kolejnym konkursie, miejmy nadzieję, że pozbawionym niezdrowej rywalizacji. So say we all!

społeczeństwo , , , ,